Marek Kędzierski

Wer die Dichter will verstehen...
Druk: Kwartalnik Artystyczny 4 (40) 2003. C Marek Kędzierski

 

1.
Około 1931/32 r. Alberto Giacometti zapisał w swoim notesie: " l'infinit á vanitá del tutto " ("nieskończona próżność wszystkiego") przytaczając słowa Giacomo Leopardiego z poematu A se stesso . Ten sam utwór cytuje po włosku Samuel Beckett, tak w tekście, jak w motcie wydanego w 1931 r. eseju o Prouście.

Z tego okresu pochodzi też napisany przez Giacomettiego po francusku wiersz:

e tre né
pour mourir
ça me fait rire
ha ha ha haa

co można prozaicznie oddać jako

narodzić się
żeby umrzeć
to mnie skłania do śmiechu
ha ha ha haa

 

 



Zaś pośród ostatnich wierszy Becketta znajdujemy następujący:

en face
le pire
jusqu' a ce
qu'il fasse rire

przed
najgorszym

dopóki nie
rozśmieszy

albo:

najgorsze
przed tobą

aż skłoni
do śmiechu

 

 


Etre n é pour mourir = en face le pire - w ydaje mi się, że Beckett nie sprzeciwiałby się zbytnio takiemu równaniu.

2.
Wer den Dichter will verstehen, muss in Dichters Lande gehen. "Kto chce zrozumić poetę musi jechać do jego kraju". Jechać lub iść. Chodzić. Nie tylko jechać do , ale i chodzić po ich kraju. Gdzie jest kraj Samuela Becketta? W Irlandii oczywiście, w raczej zamożnym miasteczku na obrzeżach Dublina, w którym przyszedł na świat w 1906r. Bez Irlandii nie sposób zrozumieć jego najważniejszych dzieł, a w wypadku wczesnych tekstów - nawet je czytać ze zrozumieniem. Choć dzisiaj Irlandczycy dumni są ze "swojego" twórcy, muszą przełykać gorzkie pigułki - w czym zresztą pomaga im wrodzone poczucie humoru - czytając jego sarkastyczne uwagi typu: "w całym cywilizowanym świecie oraz Irlandii" . Podobnie jak on w irlandzkiej prasie musiał swego czasu czytać o sobie jako "ateiście z Paryża".

Wielki Dublin i góry Wicklow, pełne nader rozmownych ludzi miasto oraz owe straszliwe piękno (" terrible beauty ") kraju, można odnaleźć w jego utworach, często w przebraniu, gdzieś pod spodem, ale na ogół umyślnie pomieszane z żywiołem francuskim. Choć narrator Nienazywalnego zna na pamięć miejską i wiejską Irlandię, menu w restauracji, opisanej w tej powieści, jest wyraźnie francuskie - dziś różnice się nieco zacierają, ale wówczas to, co w Dublinie podawano do stołu niewiele miało wspólnego z potrawami, które Beckett spożywał w Paryżu.

Autor Końcówki długo odcinał się od Irlandii w okresie, w którym dużo czasu spędzał w Dublinie i okolicach, ale kiedy niemal przestał tam przyjeżdżać, po napisaniu głównych dzieł po francusku, wrócił w późniejszych dramatach raczej do angielskiego, nota bene do angielszczyzny z wyraźnym dublińskim rytmem i akcentem, które słyszymy nawet w przekładach z francuskiego, np w Katarynce Roberta Pingeta. Kogoś, kto słyszał po raz pierwszy jak Beckett mówi po francusku, uderzało, z jak silnym akcentem wypowiadał w tym języku swe perfekcyjne zdania. Podobnie jak Giacometti w zarejestrowanych na taśmie filmowej dokumentach mówi z włoską melodią - jakiś krytyk zauważył, że trochę jak włoscy murarze w Paryżu.

Gdzie jest kraj Alberta Giacomettiego? We włoskojęzycznej Szwajcarii, parę kilometrów od granicy z Italią, gdzie artysta urodził się w 1901r. Jeżeli kierowca autobusu w Dublinie nie przegapi najdrobniejszej okazji, by, zresztą z dużą dozą autoironii, powiedzieć: "My to nie Wielka Brytania", w rodzimej Bregalii Giacomettiego w rozmowach wyczuwa się nutę: "Owszem, mówimy po włosku, ale trzymamy raczej z Zurychem". Protestanci w większości - odcinają się mentalnie (bo fizycznie i tak są oddzieleni wysokimi szczytami) od katolickiego regionu Ticino. Niby dumni byli w Bregalii, że jeden ze "swoich" zrobił za granicą światową karierę, ale często traktowali go z przymrużeniem oka. Na dobrą sprawę, podobny stosunek mieli do niego Szwajcarzy w Zurychu czy Bernie. Ujawniło się to na początku lat sześćdziesiątych w czasie niezbyt eleganckiej kampanii przeciwko zakupowi z publicznych pieniędzy kolekcji dzieł Giacomettiego. Czego też się wtedy w Szwajcarii nie wygadywało? Na ogół z jedną myślą w podtekście: za drogo to kosztuje podatnika. Dziś wartość zbiorów fundacji powstałej ze środków prywatnych wzrosła stukrotnie. A rzeźby Giacomettiego trafiły na stufrankowe banknoty.

Bez Wielkiego Dublina i Gór Wicklow nie można w pełni rozumieć Becketta, bez doliny Bregalii, rozpiętej między już niemal śródziemnomorską Chiavenną a surowymi szczytami Górnej Engadyny - Giacomettiego. Piękno natury i bliskość śmierci naznaczyły młode lata tak szwajcarskiego rzeźbiarza, jak irlandzkiego artysty słowa. W będącym własnością rodziny Giacomettich hotelu w rodzinnym miasteczku Stampa w 1904 r., kilka dni po przyjściu na świat siostry Alberta, Ottilii, umarła ich babcia, również Ottilia (później, dokładnie w 36. urodziny Alberta, siostra Ottilia umarła w połogu wydając na świat syna). W 1911r. matka przez długie miesiące walczyła z tyfusem i ledwie uniknąwszy śmierci, resztę życia spędziła bezzębna i osiwiała. W tych czasach, przed wprowadzeniem elektryczności i upowszechnieniem się samochodu, proste zakażenie mogło skończyć się śmiercią - tak odszedł młodszy kolega i przyjaciel ojca Alberta, czterdziestolatek Giovanni Segantini, nabawiwszy się infekcji układu pokarmowego w wysokogórskim plenerze. W wieku dwudziestu lat Alberto, w podróży do Włoch ze znajomym znacznie starszym Holendrem, stał się świadkiem jego śmierci i musiał spędzić noc ze zmarłym w pokoju hotelowym. Wcześniej myślał o śmierci jako o czymś uroczystym, podniosłym. A tu objawiła mu się jako przeobrażenie głowy w kościstą, suchą skrzynkę czaszki - nieznaczący już przedmiot.

Beckettowi życie również nie oszczędziło obrazów śmierci i ewokują to już jego najwcześniejsze utwory. Opowiadanie Dante i homar jest zapisem wędrówek młodego intelektualisty - jak Beckett zapalonego czytelnika Dantego - po Dublinie naznaczonym obrazami powszechnego umierania. Skazany na śmierć mordereca, konie, które dobija się na ulicy, homar w torbie, którego gotuje się żywcem, ceratowa twarz ciotki - wszystko w tym pełnym gorzkiego humoru opowiadaniu upomina nas: memento mori .

Idę śladami Giacomettiego w Bregalii, Becketta w Dublinie. Kiedy o październikowym zmierzchu chodzę w okolicach Portobello, mijając budynek, w którym umierała droga Beckettowi osoba i której poświęcił jeden ze swych najboleśniejszych wierszy, nota bene niedaleko szpitala, w którym wiele lat później umarła matka Becketta,

na moich oczach ponad trotuarem spinającego kanał wybrzuszonego mostu wynurza się z ciemności kobieca twarz jakby natężona wielkim wysiłkiem. Po paru chwilach wyłania się reszta postaci, widzę, że kobieta pcha w moją stronę wózek z dzieckiem i naraz dociera do mnie, dlaczego ten niepozorny mostek pisarz mógł nazwać "stromym, niebezpiecznym mostem" /" steep perilous bridge" / . Innym razem, w kraju Giacomettiego wybrawszy się sam do jeziora, z którego wypływa rzeka Inn, wysoko ponad miejscowością Maloja, gdzie rodzina Giacomettich spędzała okres lata, w czerwcowe popołudnie przeżywam gwałtowną nawałnicę śnieżną. Giacometti z trudem rozpoznałby dzisiejsze miasteczko, ale mam wrażenie, że na wysokości 2400 m . panuje ta sama cisza, jak dziewięćdziesiąt lat temu, kiedy wędrował tamtędy z ojcem. Rzeźby Giacomettiego, na przykład popiersia Diega z przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, , kiedy przypatrzeć się im z bliska, swoją fakturą przypominają skalne szczyty górujące nad Bregalią i Engandyną. Gero von Boehm pokazuje to w filmie o artyście, pomysłowo kontrapunktując alpejskie krajobrazy ze zbliżeniami jego rzeźb. Mówiło się o Giacomettim, że to hardy góral. Obaj, Beckett i Giacometti, mieli w starszym wieku twarze twardych ludzi, wyrzeźbione przez żywioły, którym się opierali, przeciwstwiając się śmierci i zniszczeniu.

Fizyczna konkretność poszukiwania jest oczywista. W obu wypadkach chodząc ich śladami można uchwycić coś z najbardziej elementarnego doświadczenia. Tym bardziej, że chodzenie włącza i "drugą" stronę ich życia - chodzenie pod wspólnym im obu "obcym" niebem.

3.
Wer den Dichter will verstehen... A jednak, rzecz jasna, to nie wszystko. Zobaczenie rodzinnych stron nie wystarcza, choć jest bardziej niż pomocne. I tak naprawdę, dopiero wtedy mamy większą szansę zrozumieć, dlaczego Poeta rodzinne strony opuścił. Podobnie - kto chce zrozumieć Gombrowicza, to, co pisze on o Polsce, powinien pojechać do Argentyny, bo jego refleksja wyrastała w dużej mierze z napięcia pomiędzy Argentyną a Polską. Jakże ważne jest nie tylko od czego , ale i dokąd ktoś ucieka. Dla Becketta i Giacomettiego ucieczka nie była, jak u Gombrowicza, zaimprowizowana. Jej celem był Paryż.

To w Paryżu przeżywali najpierw trudne chwile, a następnie dzieła ich tam głównie święciły triumfy. Giacometti przybył do Paryża na początku 1922 r., miał zatem niespełna 21 lat i choć regularnie odwiedzał rodzinne strony, mieszkał tam już do śmierci. Beckett przyjechał do Paryża w wieku 22 lat w 1928 r. w ramach dwuletniej wymiany między Ecole Normale Superieure a rodzimą Trinity College, potem przyjeżdżał do Paryża między pobytami w Dublinie, podróżami do Niemiec oraz mięsiącami spędzonymi w Londynie, nim w 1937 roku postanowił, że Paryża już nie opuści.

W Paryżu obaj mieszkali mniej więcej w tych samych okolicach. Beckett od 1938 do końca 1960 r. przy rue des Favorites, niedaleko dworca Paris-Vaugirard, zanim przeniósł się do nowego mieszkania przy bulwarze Saint-Jacques w pobliżu dworca Denfert Rochereau, a ostatnią stacją był dla niego dom opieki przy rue Remy Dumoncel, niedaleko metra Alésia. Ma tam teraz swoją ulicę - Allée Samuel Beckett, pośrodku Avenue René Coty, prowadzącej do parku Montsouris, gdzie często się przechadzał. Giacometti w 1927 roku znalazł ciasne atelier przy bocznej od rue d'Alésia rue Hippolyte-Maindron, w którym do końca życia mieszkał i pracował. Wszystko w promieniu 2000 m . Ze swej dzielnicy chodzili często mijając cmentarz i bulwar Montparnasse, do Ogrodu Luksemburskiego i St.Germain-des-Prés, a nieraz dalej na drugą stronę rzeki, gdzie na przykład w Luwrze ułynęło im wiele samotnych godzin.

Dziś w ich okolicach, tak jak w dużej części miasta, bruk pokryty został asfaltem, fasady domów przejaśniały, powietrzem na ogół chyba lepiej się oddycha. W okolicach skrzyżowania bulwaru Montparnasse z ulicą Vavin zmodernizowano duże lokale Le Dôme, La Coupole , La Rotonde , Le Sélect - burżuazyjne, anonimowe, raczej bez charakteru. Nieco mniej zmienione są kawiarnie przy St.Germain, choć tam, gdzie kiedyś przesiadywał Sartre, Beckett czy Giacometti, turyści wertują teraz sprzedawane w specjalnym sklepie nieopodal materiały o tej części historii ducha, która rozgrywała się przy stolikach ich firmy. Na "wiejskim Montparnasie" (terytorium Celnika Rousseau znajduje się dokładnie w połowie drogi między przedwojennym mieszkaniem Becketta a pracownią Giacomettiego) w niezmienionym kształcie zachowały się tylko niewielkie fragmenty, reszta ustąpiła "nowoczesnej" zabudowie, która nie musi się nikomu kojarzyć z Paryżem. Rue d'Alésia jest nieco schludniejsza, atelier Giacomettiego przy rue Hyppolite-Maindron zostało, nie można powiedzieć, ładnie odremontowane, ale ma już inny charakter. Na szęście naznaczone latami pracy ściany wynajmowanej przez niego pracowni zostały uratowane, wymontowano je techniką stosowaną przy przenoszeniu fresków i dołączono do jego prac, stanowiących teraz masę spadkową fundacji imienia jego żony. Nieopodal renciści odpoczywają na zielonym, raczej zadbanym skwerze. Ubytki tynku i liszaj na fasadach, które widać jeszcze na filmach z lat sześćdziesiątych zostały wypełnione, usunięte i wygładzone. Okolice Denfert Rochereau pozostają, jak wówczas hałaśliwe, nieprzytulne. Beckett spoczął niedaleko cmentarza Montparnasse, Giacometti miesiąc przed śmiercią wrócił w rodzinne strony i został pochowany w miejscu narodzenia.

Po paryskim bruku obaj chodzili dosyć intensywnie. Dosłownie i konkretnie: znaczna część doby schodziła im na chodzeniu oraz przesiadywaniu w kawiarniach i barach, widywało ich się w miejscach publicznych - zupełnie inaczej niż dzisiaj. Byli częścią pejzażu, Sam i Giaco, jak zwali ich znajomi. Fizycznie odmienni - jeden wysoki i chudy jak tyka, a raczej rzeźba Alberta, drugi bardziej krępy, z fenomenalną fryzurą, mówiący trochę jak postać z tekstu Sama. Obaj mieli specyficzny chód. Alberto utykał, Samuel posuwał się naprzód trochę jak jego bohaterowie "w spowolnionym na łeb na szyję". Najczęściej samotnie, ale od końca lat trzydziestych, kiedy zawarli znajomość w kawiarni na St.Germain-des-Prés do początku sześćdziesiątych (Giacometti zrobił wtedy drzewko do inscenizacji Czekając na Godota w Odéonie), w nieregularnych odstępach i na ogół uprzednio się nie umawiając, przemierzali razem spore połacie przeważnie lewobrzeżnego Paryża.

Beckett, zatwardziały piechur, do końca życia nie chciał zrezygnować z chodzenia po ulicach. W ostatnich latach przed spotkaniem, które dawnym zwyczajem wyznaczał w dużym "amerykańskim" hotelu vis a vis swego mieszkania nieopodal więzienia La Santé , już z daleka widziało się jego charakterystyczną sylwetkę w slalomie między samochodami na szerokiej jezdni. Wskutek choroby często na moment tracił równowagę i upadał. Podnosił się najczęściej sam. Trwało to bardzo krótko, ale było niebezpieczne na ruchliwej ulicy. Jego chód znali tylko ci, którzy mieli z nim osobisty kontakt, jako że - choć nieruchomych fotografii istnieje mnóstwo - nie zgadzał się absolutnie na filmowanie. Producent telewizyjny ze Stuttgartu zachował roboczą taśmę z prób do sztuki Eh Joe - parę ujęć reżyserującego Becketta, na których widać, jak chodzi, włączono potem do dokumentu telewizyjnego. Podobnie "sprzeniewierzył" się woli autora Martin Esslin przedstawiając publiczności nagranie głosu Becketta czytającego rytmicznie początek Bez. Giacometti nie dożył równie sędziwego wieku, nie wiadomo zatem, jak by chodził po paryskich ulicach. Jego codzienną drogę z kawiarni na rogu do pracowni przy rue Hippolyte-Maindron sfilmował w 1965 r. Ernst Scheidegger.

Obaj chodzili z pasją. Chodzili "na kobiety"? Sugeruje to jeden z biografów Becketta, jednakże nie ma dowodów na to, że spotykali się w znanym daleko poza Montparnassem Sphinxie. Ale na pewno prowadzili niezdrowy tryb życia, podobnie jak ich postaci. Beckett więcej nadużywał alkoholu, Giacometti papierosów, obaj niedosypiali. Chodzili i patrzyli - patrzyli wokół i wpatrywali się, jak Giacometti, jak Murphy, jakby chcieli przeniknąć oczyma do wnętrza rozmówcy.

Chodzili, patrzyli, mówili i milczeli - Beckett introwertyk, Giacometti ekstrawertyk, uchodzący niemal za gadułę. Giacometti opowiadał o szczegółach swej biografii z otwartością zaskakującą wielu rozmówców. Beckett był inny w tym względzie, zwłaszcza pod koniec życia. Ale jego wczesna twórczość pełna jest zdarzeń żywcem wziętych z życia autora oraz Bogu ducha winnych osób trzecich, których nieraz to raniło. I jak na milczącego, Beckett w pewnych okolicznościach zadziwiająco wiele mówił. Odludek przyciągał do siebie przyjaciół, czy choćby towarzyszy wspólnego spędzania milczenia (z Giacomettim, zwierza się w liście z 1939 r. łączyły go chwile "przyjaznego milczenia"). Był też bardzo rzetelnym korespondentem - autorki przygotowywanej obecnie korespondencji Becketta podaja liczbę kilkunastu tysięcy listów! Ale, o ile wiem, nie ma wśród korespondentów Giacomettiego. Choć Beckett figuruje na liście portretowanych postaci.

4.
Biografie Giacomettiego i Becketta wykazują zaskakująco wiele podobieństw, paraleli i zbieżności. Podobny był sam punkt wyjścia: Obaj mieli spokojne i konwencjonalnie szczęśliwe dzieciństwo, wzrastali w protestanckich rodzinach, solidnych i harmonijnych, w których napięcia często zamiast rozładowywać, spychano w niepamięć, by nie powiedzieć tłumiono. Zamożna i protestancka w biednym, katolickim kraju rodzina Beckettów była raczej wyjątkiem, podobnie jak rodzina Giacomettich w Bregalii, choć tu raczej z powodu przynależności ojca Alberta do profesji malarskiej, jakże odmiennej od tradycyjnego cukiernictwa. Ojców mieli wyrozumiałych i ciepłych, może nawet jowialnych, w porównaniu z matkami, kochającymi, ale miłością surową i wymagającą. Ich oddalenie było wyrazem "ucieczki" nie tyle od matek, ile od świata, w którym matki chętnie by ich widziały. Można sądzić, że miały duży wpływ na podjęcie przez obu decyzji życia na obczyźnie.

W szkole, jeżeli zawierzyć pamięci kolegów, tak Alberto jak Samuel byli błyskotliwymi uczniami, choć nie zawsze przynosili do domu dobre oceny. Przedwcześnie rozwinięci intelektualnie, mieli talent do języków, potrafili też być dobrymi kompanami, ale z tendencją do niezrozumiałych dla kolegów reakcji i idiosynkratycznych zachowań.

Kolejna paralela - młodzieńczą miłością Becketta była jego kuzynka z Kassel, Peggy Sinclair, Alberta - Bianca Giacometti z Rzymu. W obu wypadkach ta miłość znalazła odzwierciedlenie w dziele, u Alberta zniszczonym, u Becketta z natury silniejsze, bo Peggy umarła w 1933 roku lat na gruźlicę.

Ale główną stratą było dla obu nagłe odejście ojca - William Beckett zmarł w następstwie ataku serca w czerwcu 1933 r., natomiast Giovanni Giacometti nie przeżył wylewu krwi do mózgu i odszedł niespełna dzień później!

Obaj początkowo związali się w Paryżu z grupą ludzi, która ich stymulowała, ale od której z czasem musieli się odciąć - nie bez rozterek, by móc pójść własną drogą. Beckett znalazł się w orbicie pracującego wtedy nad Finnegans Wake Joyce'a. Na dłuższą metę Joyce odpowiedzialny był za fiasko jego kariery naukowej, bo błyskotliwy intelektualista poczuł zew artysty, ale z drugiej strony mistrz skierował go na drogę pracy, pozwolił mu zrozumieć, na czym polega "integralność duchowa artysty". Giacomettiego zaanektowali na początku lat trzydziestych surrealiści z Bretonem na czele, stał się modnym autorem surrealistycznych objets . W 1934 roku, kiedy chciał odwrócić się od abstrakcji i poświęcić się pracy od podstaw, związanej z odtwarzaniem tego, co widzi, nastąpiło zerwanie.

Po opuszczeniu kręgu Joyce'a i Bretona, obaj nie opuścili Paryża - choć przeżywali tam przez długie lata trudne chwile. Dorobek starszego o cztery i pół roku Giacomettiego był większy niż Becketta (który do wojny opublikował eseje o Joycie i Prouście, hermetyczno-ezoteryczny poemat o Kartezjuszu, tom wierszy oraz garść przekładów poezji poetyckich, zbiór opowiadań oraz powieść Murphy ), tym trudniej było mu wyjść z kryzysu, który trwał całe dziesięciolecie. obaj szli pod prąd, Giacometti zdecydowawszy powrócić od surrealistycznej abstrakcji do sztuki figuratywnej, co zadecydowało zrazu niewytłumaczonym kurczeniem się rzeźb (z których szydzi za plecami jego skądinąd "przyjaciel" Picasso), Beckett pisząc w okresie faworyzującym zaangażowaną literaturę o bohaterze odwracającm się od zewnętrznego świata,

W 1938 roku obaj padli w Paryżu ofiarą wypadków - najpierw Beckett na ulicy w pobliżu rue d'Alesia ugodzony został nożem przez nieznajomego, co stanowiło coś w rodzaju acte gratuit , a nieco później pod dziewiętnastowiecznym pomnikiem Joanny D'Arc niedaleko Luwru na Alberta najechał samochód prowadzony przez pijaną kobietę, uszkadzając mu stopę.

1 września 1939r. obaj przebywali w rodzinnych stronach. Beckett wrócił od razu do Paryża, wolał "Francję w stanie wojny od Irlandii w stanie pokoju". Kiedy w czerwcu 1940r. "dziwna wojna" zamienia się w prawdziwą, trzy dni po rozpoczęciu paryskiego exodusu Beckett, wraz z przyszłą żoną Suzanne, przyłączył się fali uchodźców, różnymi środkami lokomocji i pieszo dotarł do Lyonu, po to by następnie przez ... Tuluzę wrócić we wrześniu do Paryża. W okupowanym mieście chciał pisać i tłumaczyć wydaną w Londynie powieść, której zresztą nikt nie kupował, ale "niechący" dostał się do konspiracji. Zdradzony w lecie1942 r. przez jednego z członków grupy, musiał uciekać do strefy nieokupowanej, gdzie, sfrustrowany, aż do wycofania się Niemców pracował nad Wattem , powieścią, której po wojnie nie starał się nawet wydać. W Paryżu zjawił się dopiero późną jesienią 1945 r.

Giacometti dowiedział się o wojnie w Maloja. Uzany za niezdolnego do służby wojskowej z powodu wypadku, wrócił do Paryża w październiku. Zaś w czasie exodusu, 13 czerwca Giacometti wsiadł na rower (trochę jak Molloy ze sztywną nogą) i z bratem i jego partnerką ruszył w kierunku Bordeaux, docierając jednak tylko do niedalekiego Etampes, gdzie był świadkiem długiej masakry uciekających cywilów, zanim wrócił do Paryża. Choć w mniej dramatycznych okolicznościach niż Beckett, Giacometti wyjechał z Paryża i z początkiem 1942 r. doatrł do neutralnej Szwajcarii, gdzie w Genewie i w rodzinnych stronach walczył z opornym materiałem, nie uporawszy się z niczym praktycznie do dnia powrotu do Paryża we wrześniu 1945 roku. Kilkuletni dorobek przywiózł w jednej sfatygowanej walizce.

O ile pierwsza połowa lat czterdziestych nie dała Giacomettiemu artystycznej satysfakcji, to druga przyniosła zdumiewający przełom. Finansowo był raczej w opałach - przez dwa lata żył z pożyczonych pieniędzy, a Annette Arm, którą poślubi w 1949r. nosiła znoszone ubrania Simone de Beauvoir i Patricii Matisse. Ale wciąż obstając przy swoim, już w 1946 roku wykonał kilka prac takich jak Siedząca kobieta , które odtąd utożsamiać się będzie z całym jego dziełem. Nagle skrystalizował się nowy styl w rzeźbie - bez masy, bez pojemności, bez bryły. Giacometti rozciągnął, wydłużył figury, sprowadził na tyle, na ile możliwe to było dla percepcji oka, do jednego wymiaru: wysokości. Mężczyzna idący z 1947 r., dzieło-wzorzec, jest jak dramat Becketta rewelacją, minimalizm idzie tu w parze z aurą egzystencjalną, pobudzającą do refleksji nad kondycją ludzką. Jego neutralne, jak mogło się wydawać w punkcie wyjścia, w latach trzydziestych, dążenie do przedstawienia tego, co widzi, zaczyna owocować wizjami o mistycznym charakterze, w których świat rozrywany jest na kawałki, jego elementy izolowane w atomach percepcji. Dzięki temu zrozumiał, że aby stworzyć własny, musi wpierw odczytać coś z zewnętrznego świata. O ile przedtem chciał wskrzesić obraz pamięci, teraz za swoje zadanie, a więc zadanie artysty, uznał stworzenie fenomenologii widzenia rzeczywistości, wiernej temu, jak owa rzeczywistość mu się ukazuje. Nie musi już mitygować subiektywizmu, który staje się wręcz warunkiem sine qua non . Aby wytchnąć od rzeźb powraca też Giacometti do malarstwa.

Obaj stali się sławni w wieku 47 lat, niemal z dnia na dzień, Giacometti po wernisażu wystawy w nowojorskiej Pierre Matisse Gallery 19 stycznia 1948, Beckett po premierze Czekając na Godota w inscenizacji Rogera Blina 5 stycznia 1953.

5.
Tak w wypadku Giacomettiego, jak Becketta, wyzwolenie i wolność w stworzeniu nowego stylu związane jest z doświadczeniem osobistym, któremu można by nadać miano epifanii, tak jak ten termin odniósł do literatury Joyce - jako nagłe objawienie głęboko leżącej prawdy o osobie lub sytuacji. Echa tego momentu wejrzenia w naturę rzeczy pobrzmiewają w kilku miejscach w dziele Becketta, a zwłaszcza w Ostatniej taśmie . Dochodzący z taśmy głos 39-letniego Krappa opowiada staremu Krappowi na scenie o przełomowym doświadczeniu jego życia, chwili, w której nagle pojął, że " ciemność, której nie wpuszczałem na powierzchnię, jest w rzeczywistości moim najlepszym...- " Bohater zatrzymuje w tym momencie taśmę, nie dając widowni usłyszeć zamierzonego przez autora słowa "sprzymierzeńcem". Krapp doznaje olśnienia w wieczór równonocy, obserwując zwalczające się żywioły w porcie Dublińskim albo na molo w Dún Laoghaire - światło latarni morskiej ściera się z ciemnością, woda z powietrzem, ziemia z wodą.

Wizja Krappa jest echem autentycznego przeżycia Becketta, olśnienia, jakiego doznał 39-letni autor w czasie swoich pierwszych po wojnie odwiedzin Irlandii - z tym, że nie nad brzegiem morza, tylko - jak to często u pisarzy bywa - w samotnym pokoju, w nowym domu matki zwanym New Place. Biograf Becketta James Knowlson potwierdza, że ciemność wewnętrznego świata była rzeczywiście obrazem przywoływanym przez Becketta w czasie rozmów na temat owego objawiania. Ciemność-sprzymierzeniec to wewnętrzność, świadomość, której nie rozświetla światło z zewnątrz. W tym wypadku ciemność posiada wyraźne konotacje ze światem psychiki, ową czarną skrzynką z napisanych w latach czterdziestych przez Becketta tekstów o malarstwie, o których za chwilę. Zatem w swoich utworach uwalnia się od obowiązku pisania o "wielkim świecie" i rozumie wtedy swoje zadanie jako opisanie tego, co znajduje zanurzywszy się w głębie psychiki i z tej pozycji opisujący świat na zewnątrz, którego istnieniu nie zaprzecza, choć sprzeciwia się jego hegemonii.

Epifania Giacomettiego wydarzyła się mniej więcej w tym samym czasie w kinie Actualités-Montparnasse (nota bene wyświetlającym kroniki filmowe o zbrodniach wojennych): ... Już nie tylko to, co się działo na ekranie, było dla mnie czymś nieznanym, rzeczywistość wokół mnie też! Kiedy wyszedłem na bulwar, miałem wrażenie, że stoję przed czymś, czego w życiu nie widziałem, że otwiera się przede mną całkowicie odmieniona rzeczywistość.

Twórczość, w której Giacometti pragnął zdać sprawę z tego, jak widzi rzeczywistość - teraz stała się wręcz ekwiwalentem jego indywidualnego doświadczania rzeczywistości. Poszukując środków do artystycznej realizacji Cézanne'owskiego ideału niezakłóconego, "czystego widzenia", Giacometti doznał percepcji świata zewnętrznego graniczących z mistycznym doświadczeniem życia - kwestia widzenia postaci i rzeczy stała się nieodłączna od widzenia życia i śmierci w świecie.

Zacząłem wówczas widzieć naraz głowy w próżni, w pustce otaczającej je przestrzeni. ... pierwszy raz spostrzegłem wyraźnie, że głowa, na którą patrzę, jakby zastyga w sobie, nagle raz na zawsze się unieruchamia... Głowa przestawała być żywą głową, zamieniała się w przedmiot, na który patrzyłem jak na jakikolwiek inny, chociaż nie ..., nie jak na jakikolwiek inny przedmiot, lecz na coś zarazem żywego i martwego. ... Jakbym przekroczył jakiś próg, jakbym wkroczył w świat, którego jeszcze nie widziałem. Wszyscy żywi nagle stawali się martwi - to widzenie powtarzało się często, w metrze, na ulicy, w restauracji, wśród przyjaciół .

I tak okazuje się, że w wypadku Giacomettiego widzenie artysty nie może być zrealizowane bez wizji , objawienia.
akurat surrealistów Bretona i Crevela -podpisał nawet manifest wertykalizmu, ruchu o korzeniach surrealistycznych

6.
"...tak jakby rzeczywistość skryta była za zasłonami, które muszę jedną po drugiej zdzierać - mówi Giacometti w nakręconym na taśmie filmowej wywiadzie z Jeanem-Marie Drot. Kiedy waha się, szuka słowa, Drot wchodzi mu w słowo: "...jak cebula - nigdy się nie dotrze do serca cebuli". Tak, potwierdza Giacometti.
Samuel Beckett w napisanym przed wojną po niemiecku liście do znajomego Axela Kauna, pisze:
I coraz bardziej mój język wydaje mi się zasłoną, którą trzeba zerwać, by dotrzeć do znajdującej się za nią Rzeczy (albo do znajdującego się za nią Niczego). ... Miejmy nadzieję, że nadejdzie czas, gdy języka najlepiej będzie się używało wtedy, kiedy będzie się go jak najskuteczniej nadużywało. Wiercić w nim dziury, jadną za drugą, aż to, co przycupnęło z tyłu, czy jest to Czymś, czy Niczym, zacznie się przesączać na drugą stronę - wyższego celu dla dzisiejszego pisarza nie mogę sobie wyobrazić .

Koniec pierwszej cz ęści